Make Me Bio 'Garden Roses' - nawilżający krem do cery suchej i wrażliwej

Znalezienie przeze mnie odpowiedniego kremu nawilżającego dla mojej cery graniczy z cudem - mam skórę suchą ze skłonnością do zapychania, czyli najgorszy możliwy typ :D O kremie różanym marki Make Me Bio czytałam wiele dobrego i w końcu skusiłam się na zakup.

 Czy krem spełnił moje oczekiwania? Czy było warto? O tym poniżej.



Zacznijmy od kwestii technicznych. Krem zamknięty jest w szklanym ciemnym słoiczku o pojemności 60 ml - dość nietypowa pojemność. Produkt zakupiłam na allegro za ok. 50 zł - chyba nigdy jeszcze nie wydałam takiej sumy na krem do twarzy, zazwyczaj kupowałam kremy za mniej niż 40 zł :D.
Krem jest w 100% naturalny. Nie zawiera parabenów, olejów mineralnych, sztucznych zapachów, barwników, silikonów. Oto co deklaruje nam producent:


Bardzo lubię "naturalne" i "organiczne" produkty, mam wtedy pewność, że działanie jest zasługą roślinnych składników, a nie silikonów bądź zapychaczy. Skład kremu przedstawia się następująco:


Jest więc dokładnie tak, jak obiecał nam producent. Krem oparty jest głównie na olejach o masłach roślinnych, konserwowany jest sorbinianem potasu,  zapach nadaje alkohol benzylowy. Muszę przyznać, że faktycznie robi wrażenie. Jednak przyglądając się bliżej jest on bardzo emolientowy.  Znajdziemy w nim bardzo małą ilość humektantów - tutaj w postaci gliceryny. Taki skład bardzo przekłada się na jego działanie, ale o tym w dalszej części.

Konsystencja produktu wynika ściśle z jego składu - ma ona postać masła.  Krem charakterystycznie zachowuje się na skórze - po rozsmarowaniu pod wpływem ciepła skóry szybko zmienia konsystencję w płynną. Jednocześnie bardzo szybko wchłania się w skórę do totalnego matu. 

Krem jest bardzo, bardzo wydajny.



Działanie produktu jednak jest tutaj kwestią najważniejszą. Po przeczytaniu pozytywnych opinii (nie znalazłam ani jednej negatywnej) byłam święcie przekonana, że krem baaaaardzo nawilży moją skórę. Niestety tak się nie stało. Owszem, skóra po użyciu kremu nie krzyczy w niebogłosy o nawilżenie, jednak spodziewałam się większego nawilżenia ze strony kremu. Dlaczego więc krem nie nawilżył dostatecznie mojej skóry? Otóż dlatego, że brak w nim substancji, które posiadają zdolność wiązania wody na powierzchni naskórka. To jest trochę tak, jakbym nakładała na skórę olej zamiast kremu. Przez pewien czas będę mieć poczucie nawilżenia, jednak emolienty jak sama nazwa wskazuje nie posiadają zdolności nawilżania, ich zadaniem jest zapobieganie ucieczce wody z naskórka (nie zapominajmy-skóra paruje).

Nadaje się dla cer wrażliwych - podczas retinolowego złuszczania bardzo koił moją skórę i nie piekła.


Tak więc krem nie zachwycił  mnie tak bardzo, bym chciała sięgnąć po niego kolejny raz. Mam jeszcze połowę opakowania. Dla cer normalnych (o ile takie istnieją) i mieszanych będzie OK - ewentualnie wyjściem będzie nakładanie nawilżającego serum pod ten krem.



Znacie ten krem? Jak się u Was sprawdził? 


Żółty Pies


1 komentarz: